Więc... Mogłabym teraz zacząć pisać jak moje życie jest podłe i beznadziejne. Tylko po co? Każdy uważa, że jego życie jest złe. Dzisiejsza moda mówi nam, że jesteśmy ciekawsi jeśli nie lubimy sami siebie. Musimy narzekać i ciągle poszukiwać 'swojego ja'. Co jeśli coś takiego nie istnieje? Jeśli jest to tylko wymysł psychologów i marketingowców. Wyobraź sobie, że nie wiesz nic o swoich korzeniach, nikt nie mówi Ci co należy robić, nie ma powszechnych standartów moralnych. Co byś robił w swoim życiu? Co byś chciał? Czy w ogólne miałbyś jakieś ambicje? Na pewno chciałbyś być bogaty, ale jaka byłaby do tego droga? Kariera sceniczna? własny biznes? medycyna? prawo? Skąd mamy wiedzieć co tak na prawdę chcemy w życiu robić?
Teoretycznie jestem już osobą dorosłą. Powinnam myśleć o swoim życiu przyszłościowo. Powinnam skończyć studia, które zaczęłam, powinnam zdobyć zawód, powinnam znaleźć męża, urodzić dzieci i powinnam być szczęśliwa. Jednak czy taki schemat czyni życie szczęśliwym? Nie mówię, że nie chce skończyć studiów, że nie chce mieć męża i dzieci... Chcę tego, ale co jeśli chcę tego tylko dlatego, że taki jest wzorzec? Większośc ludzi uznaje to za spełnienie siebie. Jeśli nie poprzez rodzinę, to przez karierę zawodową.
Marzę o tym aby zmienić kierunek studiów. Nie chcę mieć niczego do czynienia z Ochroną środowiska w przyszłości. Jednak na moją decyzję wpłynęło tylko i wyłącznie to, że okradłam współlokatorkę, przez co mam aktualnie wyrok w zawieszeniu. Nie mogę przebywać z nią i resztą znajomych z roku nawet w jednym mieście. Dobija mnie to psychicznie i nie poradziłabym sobie z tym. Próbowałam przez wakacje, a ona mnie tylko zaatakowała. Nie winię jej za to. To ja ją okradłam, to ja okazałam się 'tą złą'. Jednak to ona bez słowa poszła na Policję, nie przeprowadzając ze mną najmniejszej rozmowy. Złamało mi to serce po raz kolejny, kilka tygodni później moje serce zostało ponownie złamane, potem była tylko porażka za porażką. Teraz już rozumiem, że ponosze karę za wszystkie moje uczynki w życiu. Aktualnie przebywam na w miare stabilnym gruncie. Rodzice wzięli wszystko na siebie. Płacą wszystkie moje długi, a mój rachunek względem ich ciągle rośnie.
Czy żałuję za to co zrobiłam? Wtedy uważałam, że było to dla mnie jedyne rozwiązanie. Chyba jedynie żałuję tego, ze zostałam przyłapana, a przede wszystkim, że skończyłam z wyrokiem. Najbardziej żałuję, że sprzedałam złoto dziadka. Zawsze marzyłam o tym, że przetopię to na moje ślubne obrączki. Teraz, kiedy nie mam już tego złota, nie będzie obrączek, nie będzie ślubu, nie będzie miłości. Pogodziłam się z tym. Pogodziłam się z życiem w samotności. Jest to niesamowicie trudne i puste życie, ale jeśli docenia się najmniejsze przyjemności codzienności to nie jest aż tak źle.
Nadal czasami kusi mnie żeby coś zabrać, 'pożyczyć' bez pytania - bo przecież za chwile oddam, nikt się nie zorientuje. Jednak wtedy śmieję się diabłu w twarz i walczę ze sobą. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się wyzbyć tego nawyku. Od dawna niczego nie ukradłam i mam nadzieję, że tak pozostanie.
Poprzedni weekend był jednym z najpiękniejszych jakie miałam od bardzo długiego czasu. Nie byłam pewna czego oczekiwać, mimo tego byłam podekscytowana. Była impreza masowa, która również okazała się inna niż przypuszłam, mimo tego baaardzo mi się podobało i chciałabym to przezyć jeszcze raz. Spotkałam się z facetem, którego poznałam na portalu randkowym. Jest to totalnie sprzeczne z moją naturą. Nie dość, że poznawanie kogoś przez ineternet, to na dodatek na portalu randkowym. Jednak stwierdziłam, że nie mam niczego do stracenia. On okazał się bardzo miły, zabawny, bla bla bla... mieliśmy to połączenie. Cały wieczór (imprezę) spędziliśmy razem z moimi i jego znajomymi. Było niesamowicie miło, na prawdę czułam się wtedy dobrze. Cały następny dzień spędziliśmy razem, większośc czasu w pokoju hotelowym, ale zmusiłam go też na mały spacer ( ;) ). W sumie do nieczego nie doszło, poza tym, ze przerżnął mnie w ubraniach. Co mimo wszystko było całkiem podniecające. Na imprezie spontanicznie zostało postanowione, że on i jego znajomi odwiedzają mnie w kolejny weekend. Jednak nie do końca w to wierzę. Uważam to bardziej jako 'jednorazową znajomość'. Mimo tego z nadzieją czekam na weekend, że jednak się zobaczymy.
Czuję się na prawdę dziwnie, bo na prawdę polubiłam tego gościa. A widzieliśmy się tylko jeden weekend. Rozmawialiśmy przez internet niecałe dwa tygodnie, a ja go lubię. Zazwyczaj cięzko było dotrzeć do mnie. Może jednak zmiękłam przez te wszystkie dramatyczne wydarzenia w moim życiu i teraz jestem na etapie poszukiwania uczyć i dam się wykorzystać każdemu. Przywykłam do tego, że to ja jestem ta zła, więc moja duma nie pozwala mi się o niego starać, tylko czekać aż on zacznie się płaszczyć. Ostatecznie rzecz biorąc to i tak ja zrobię z siebie idiotkę, która zachowuje się jak niezrównoważona psychicznie kobieta.
Mimo tego, że pogodziłam się z moim życiem w samotoności, chyba niepotrafiłabym wytrzymać psychicznie dawania i odbierania. Jeśli mam być z niczym, to mi niczego nie dawaj. Nie pozwalaj się przywiązać.
Tak więc. Miałam nie pisać o moim żałosnym życiu, a jednak skończyło sę na użalaniu. Ten tekst powstał jedynie tylko po to aby uspokoić moją duszę, bo nie mam fajek i nie mogę odreagować i żaden inny spokój ( Chyba, że chcę pogadać z krowami). Tak więc, jeśli ktoś się na tyle wysili, żeby to czytać to może mnie pocałować w dupę, jeśli go rozczarowałam. Chciaż patrząc z perspektyw moich przemyśleń, nie jest do to końca samo użalanie. Mogłabym to określić jako podsumowanie. Pierwszy raz otwarcie napisałam o pewnych rzeczach, które bolą mnie najbardziej, więc jest to w pewnym sensie moje oczyszczenie.
Będę lepszą osobą. Obiecuję.
I będę się cieszyć życiem, które mam. Obiecuję.