środa, 11 września 2013

cui bono?

Znowu trochę zaniedbałam pisanie. Wiele się stało od mojego ostatniego posta. Moje poprzednie szczęście w wolności, pokryte samotnością. Zmieniło się w dramat. Nie potrafiłam normalnie funkcjonować. Coraz to gorsze rzeczy zwalały mi się na głowę. Jednak cały czas nie straciłam wiary, prosiłam. Wykonałam jedno postanowienie, momentami nie było łatwo, ale wytrwałam. Dzięki temu mogłam być przez jeden dzień szczęśliwa. Stało się to o co tak bardzo prosiłam i o czym marzyłam. Wystarczył jeden telefon aby całe moje życie się odmieniło. Szczęście jednak szybko zamieniło się w poczucie winy. Teraz wiem, że jest dobrze, ale tego nie czuję. Nie potrafię też odwzajemnić uczuć.

Mówiąc o uczuciach... Niedawno doszłam do wniosku, że mam na prawdę kiepską podstawę emocjonalną. Starałam się doszukać powodu, dlaczego nie potrafię kochać. Ostatecznie stwierdziłam, że składa się na to wiele czynników. Każdy po kolei niszczył kawałek mojego serca i duszy. Teraz przez to cierpię, ale staram się to odbudować. Powoli zaczynam coś czuć. Potrafię, jednak okazywanie uczuć nie jest już takie łatwe. Najgorsze jest to, że nigdy nie zauważyłam tego, że nie potrafię okazać wdzięczności, miłości, przyjaźni czy zaufania. Ja to tylko czułam, ale nikt w okół mnie nie mógł poczuć tego co ja. Zniszczyłam wszystko. Zamroziłam się, a roztopienie jest w tym momencie niemożliwe. Muszę przełamywać mnóstwo barier.

Postanowiłam zmienić moje życie. Biorę urlop dziekański i wyjeżdżam na rok do Anglii. Już jest wszystko zaplanowane. 27 lub 28 wylatuję. Wracam za rok. Na razie powiedziałam o tym jednej osobie. Przyjacielowi, który rozumie. Muszę się uporać z moimi najbliższymi, czego się boję.
Brak akceptacji jest najgorszy.

Emocje sięgają zenitu. Od euforii po melancholijną depresję. w 3 sekundy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz